Wyssana z energetycznych soków witalnych – !poziom graniczny!

Różnie jest. Było i gorzej, kiedy płakałaś gdy widziałaś że wychodzę, kiedy broniłaś się już wtedy kiedy przekazywałam Cię tacie, kiedy po moim powrocie z pracy nie mogłaś sobie znaleźć miejsca i rezygnowałaś z popołudniowego spania, ale czasem jest tak dobrze, jakbyś nawet nie zauważyła mojej nieobecności. Może przeżywasz to w sobie, może jakoś to na Ciebie wpłynie jeśli chodzi o kształtowanie charakteru, samodzielność, otwartość na ludzi, oderwanie od mamy, mam jednak nadzieję, że wyjdzie Ci to tylko na dobre. Bo przecież każda babcia, dziadek, ciocia czy tata, czy jakikolwiek inny opiekun to nowe pomysły na zabawę, inne radości, różne sposoby na spędzanie tego najbardziej nudnego, zimnego, szarego i szybko ściemniającego się czasu w roku.

Niestety przy wszystkich plusach rozłąki z mamą i różnorodnej opieki, są też i minusy. Bo można zgłupieć. Dorosły by zgłupiał, jeśli każdy wymagałby inaczej, na co innego pozwalał a na co innego zabraniał. Jeśli jeden karmiłby tym i  tak, a drugi zupełnie na odwrót. I to „ogłupienie” trochę jest chyba w Tobie widoczne. A gdy dodać do tego jeszcze ząbkowanie i skok rozwojowy, wychodzi okrutna, przemęczająca nas i wysysająca dosłownie wszystkie soki witalne mieszanka. Przebudzanie się i płacz w nocy, trudności z uspokojeniem, problemy ze spaniem w dzień (chociaż oczy Ci się same kleją), jakiś taki wewnętrzny niepokój objawiający się niemożnością znalezienia sobie miejsca w domu i w zabawie, wykańcza mnie (nas) psychicznie i fizycznie. Biegamy więc za rączkę wkółko po pokoju, bo tak jest najlepiej, żadna zabawka nie jest ciekawsza niż chodzenie bez wyraźnego celu.

Na szczęście niedługo Mikołaj i Święta. Może komuś uda się trafić z nową zabawką, która zajmie Cię na trochę dłużej niż chwila. Może z każdym tygodniem będzie lepiej. Może… 🙂

Reklamy

Powrót do pracy po 1,5 roku WOLNOŚCI

Wróciłam do pracy. Równo w dniu ukończenia przez Ciebie 14 miesięca życia. Nauczona przez życie tym, że nigdy nie taki diabeł straszny i że trzeba robić wszystko aby nie kreować w dziecku stresu, nerwów, obaw które posiada dorosły odnośnie jakiejś sytuacji i wmawiać mu telepatycznie, że musi być źle bo społeczeństwo i rodzina oczekuje teraz od nas nerwowego czasu, spazmów rozpaczy przy rozstaniach, nieogarnionej tęsknoty za mamą/dzieckiem, postanowiłam iść do pracy jak gdyby nigdy nic. Nie jest to łatwe, jasne. Ale przez lata wielu stresujących chwil w moim życiu wydaje mi się że udało mi się jako tako opanować sztukę „nie myślenia”, dzięki czemu się nie nakręcam i nie tworzę w głowie scenariuszy „oh jak to będzie strasznie gdy wszystko się zmieni”. Podobną technikę stosowałam przed cesarką – tygodnie przez dniem zero, który jak się oczekuje miał być jednym z najbardziej stresujących chwil w moim życiu, pracowałam nad sobą nastawiając się że trzeba będzie pójść do tego szpitala, ale z jednoczesnym wyobrażeniem sobie miłego zakończenia i znajdowania w tym jakiegoś pozytywu (trzeba tam tylko pojechać, chwilę pomęczyć ALE PRZYNAJMNIEJ będzie już po wszystkim). A w ostatnich dniach (czy tygodniu/ach) przestałam o tym w ogóle myśleć. Tak jest najlepiej. Idziesz z kopyta. Po prostu wstajesz i jak automat robisz to co musisz.

Mimo dawnych obaw jak to będzie, powrót do pracy nie kosztował mnie zbyt wiele stresu. Ciężko było iść, bo trudno wraca się do miejsca którego się nie lubi, a jeszcze ciężej jeśli odeszli z niego wszyscy Twoi znajomi (lub precyzyjniej: ludzie których znasz). Ale zobaczymy, jak się rozkręcę może przyjdzie czas na zmianę pracy. Ty też specjalnie nie zmieniłaś swojego zachowania. Nie było widać jakiś oznak stresu, tęsknoty, nie przylepiasz się nie chcąc mnie wypuścić, nie jesteś wycofana, sypiasz jak zawsze. Ale może to jeszcze za wcześnie byś zaczęła tęsknić. W końcu to tylko 2 dni…Mam jednak nadzieję, że takie rozstanie Tobie przyniesie tylko same plusy i mając teraz bardziej urozmaiconą opiekę, łatwiej będziesz potem umiała rozstawać się z dotychczasowym cieniem jakim dla Ciebie 24/dobę dotychczas byłam.

Co o Twojej osobowości mówi Twój ulubiony zapach ;)

Niedawno pisałam o niezwykłym czarnym mydle marokańskim z Mydlarni u Franciszka. Jednym z jego największych minusów (przy całej ferii super działania i relaksu jaki dawał) był jego zapach. Mimo że mąż za taką mnie nie wiedzieć czemu nie uważa, dla mnie zmysł węchu w produktach kosmetycznych musi być rozpieszczony najbardziej! Niedawno dostałyśmy z Em cudowną paczkę kosmetyków dla dzieci i dla mnie, nieznanej mi dotąd marki Equilibra, które ku mojemu własnemu zdziwieniu pokazały mi, że kocham, ubóstwiam i jestem zmysłowo uzależniona od zapachu aloesu, którego dotąd przy spotkaniu w sklepie na półkach omijałam szerokim łukiem. Okazuje się, że testowanie kosmetyków to nie tylko dobra zabawa, ale i naprawdę użyteczna sprawa. Nie wiedząc jakie połacie nowych upodobań w sobie odkryję, przystępuję jednak do nowego badania. Podejmuję wyzwanie marki Le Petit Marseillais.

Mam opowiedzieć o zapachach (ah, cóż to dla mnie za problem!) kosmetyków pielęgnacyjnych z serii Le Petit. I tu pojawia się problem. I bynajmniej nie dlatego, że nie jestem ich fanką. Wprost przeciwnie! Ale cóż odkrywczego można powiedzieć o zapachu, który sam w sobie jest najlepszą reklamą tej marki? Cóż napisać, jeśli nie da się przez ekran nakarmić godnego tych kosmetyków zmysłu: węchu i dotyku?

bez-tytuluZakochana po uszy w zapachach, bynajmniej nie jest łatwo mnie omamić. Jestem gorzej niż wybredna (jak w każdej dziedzinie życia), nie lubię zbytniego przesłodzenia (jak w każdej dziedzinie życia :P), nie lubię zapachów orientalnych i leśnych. Upodobania zapachowe idą u mnie w ścisłej parze z moimi preferencjami w życiu użytkowo-codziennym. Oddają mój charakter. W marce Le Petite swój charakter jednak odnalazłam. Odnajduję go wciąż, gdy zmęczona (żeby nie powiedzieć wykończona do ostatniej komórki) wchodzę do łazienki i otwieram wieczko. Co czuję? Zapach. Ulubiony. Oddający mi siłę, którą straciłam na przyziemnościach. Przypominający mi o sile i kojącej magii zmysłów. Czuję się lżej, jeszcze zanim zmyję z siebie kurz codziennego zmęczenia.

Szczególnie w tej marce upodobałam sobie żele pod prysznic, na czele których stoi u mnie żel z woskiem pszczelim i olejek różany z masłem arganowym. Co o mojej osobowości mówi ten zapach? Nie wiem. Być może wybrałam go intuicyjnie, bo naturalne składniki w nim zawarte są pisane wprost na moją suchą, wręcz wysuszoną skórę. Relaks. Nawilżenie. Uczucie głębokiej świeżości. Taaak, zapach (i działanie) Le Petitków przypomina mi czego tak naprawdę potrzebuje moje JA.

13 i pół miesiąca

Każdy dzień jest inny – to normalne i mało odkrywcze, zwłaszcza jeśli ma się w domu małe dziecko. Wczoraj byłaś rozkapryszona i latałaś z kąta w kąt nie mogąc znaleźć sobie miejsca, a dziś cieszysz się ze wszystkiego i grzecznie zasypiasz (choć tradycyjnie dopiero po jakiś 20 minutach bujania, śpiewania i suszenia). Huśtawka nastrojów, emocji jest okropna. Ale postępy coraz milsze, bo i Ty coraz lepiej komunikujesz się ze światem. Numerem uno jest teraz Twój taniec: podrygiwanie nóżką lub coś w rodzaju przysiadów i ręce które latają na boki jak w gimnastyce lub kręcą żaróweczki u góry 😀 A czasem jeszcze ręce na głowę i kręcimy się na boki. Tańczysz do wszystkiego co zadzwoni choćby przez kilka sekund, łącznie ze śpiewem pana organisty gdy przechodzimy koło kościoła w którym akurat trwa msza. Jesteś przesłodkim dzieckiem, które jednak niestety dla mojej kondycji psychicznej oraz stanu mięśni musi być zawsze przy kimś (teraz tym kimś muszę być nagminnie JA). Przesłodkość idzie jednak też w parze z ogromnym uporem i stawianiem na swoim – jeśli nie dostajesz tego czego chcesz wyginasz się, albo jak ostatnio gryziesz – mnie, zabawkę lub samą siebie po ręce! Nie znosisz siedzieć, nawet przy jedzeniu – ta pozycja najdłuższa jest chyba w chwili czytania książeczek. Bieganie po domu tam i z powrotem (choć ze względu na to żeś popyrtana jeszcze z asekuracją) to najlepsza zabawa ever. Żadne zabawki, żadne zajęcia – bieganie bez celu i „zwiedzanie” domu (wskazujesz palcem daną rzecz i trzeba Ci opowiadać co to jest 😉 może trwać godzinami…

Poza tym chyba u Ciebie bez większych zmian. My z tatą nawaleni ogromem stresu jaki wygraliśmy ostatnio w tradycyjnej kumulacji spadania wszystkich najcięższych problemów naraz, ledwo zipiemy psychicznie a dzięki Tobie i fizycznie też 🙂 Sprzedaż jednej nieruchomości (w dobie spadków cen), zakup nowej (choć wtórnej bo szybciej), mój powrót do pracy po prawie 2 latach, szukanie nowej pracy (niebawem bo już to sobie odpuściłam przy takim nawale), Twoje rozpacze przy rozstaniach ze mną i wyżywanie się potem gdy wracam, problem z Twoją opieką (zająć się ma babcia tylko że póki co nie ma nawet jak się zwolnić z pracy; a jak się zwolni trzeba będzie jej płacić za opiekę), ach szkoda gadać, szkoda wymieniać. Bo przecież jak się wali to wszystko, a żyć przecież trzeba. I chronić dziecko przed problemami dorosłych. Tak jak moi rodzice zadziwiająco skutecznie chronili mnie…

o ciążowe słodkie naiwności

Z dużą dozą sentymentalnego, ironicznego uśmiechu słucha mi się teraz kobiet, które właśnie oczekują na swoje pierwsze dziecko. Uwielbiam to robić – słuchać je, obserwować ich podniecenie i radość w oczach, że oto stają się żywą legendą, doświadczają Cudu, który nie jest przecież dla wszystkich. Czekają. Nie mogą się doczekać. Potakują głową, oj tak, wiemy że będzie ciężko, szczególnie jak to pierwsze dziecko. Odwróci nasze życie o 180 stopni. Ale czy wiedzą co dokładnie oznaczają te słowa w praktyce?

Nie sądzę. Choćby miały w swym środowisku wiele znajomych mam, im tylko się wydaje że wiedzą i że są przygotowane. Bo przygotowanie najczęściej polega tu w większości na skompletowaniu wyprawki, w której połowa rzeczy jest i tak zbędna a z wielu rzeczy nie zdaje się sprawy (gdzie ja bym pomyślała kiedyś o zakupie dresu, czy wygodnych sportowych butów do spacerów z ruszającym się już dzieckiem?)

Ostatnio była u nas koleżanka, oczywiście w ciąży, która lubi wszystko planować, układać, porządkować w umyśle i życiu realnym. Jak każda stwierdziła, że ona wie już że to będzie rewolucja i że nie da się do tego przygotować. Jednocześnie powymieniała po kolei co i jak ona będzie robić z dzieckiem – spanie w jednym pokoju do góra 3 miesiąca życia, żadnego uzależniania go od siebie, karmienie tylko piersią, czas dla siebie…. taaak.

Uwielbiam ich słuchać. Są tak cudownie zakochane w świecie, który je zaszokuje.

Na szczęście ja jestem już w okresie po-szokowym. Z pełną (?) akceptacją tego co aktualnie dzieje się wokół i we mnie. Dlatego tak dobrze mi się na nie patrzy. Ale tylko patrzy. Nie wyprowadzam ich z błędu. Po co? Nie doradzam, jeśli same nie pytają o radę. No bo po co? Przecież to jest taki piękny świat 🙂