Zmęczona słowem

Najpierw słyszysz to w ciąży „zostaw to!”, „tego nie rób!”, „tego ci nie wolno!”. Rozkazy, zakazy zalewają Ci uszy, masz serdecznie dość kolejnego kilograma złotych rad i złotoustych wtrącalskich, którzy wiedzą przecież lepiej od Ciebie samej co jest dla Ciebie najlepsze. Krztusisz się słowem, a ciążowe hormony (i humory!) z pewnością nie załagadzają Twojego wewnętrznego buntu w temacie. Tymczasem mija kilkanaście tygodni i co sama robisz? „Zostaw to!”, „przestań!”, „tego ci nie wolno!” Sama zaczynasz strzelać pociskami zakazów i komend, powtarzasz je jak mantrę kilkanaście razy na… godzinę. Dzień w dzień. Do wyrzygu i zakwasów na języku. No cóż, dziecko raz nie posłucha, dziecko jest uparte, podobnie jak Ty wcześniej uodporniło się już na przejmowanie się zakazami. Pozornie, jak ja kiedyś dostosowuje się do wykrzykiwanych „rad”, jednak za chwilę robi i tak po swojemu.

Rozkazy, zakazy, tysiące słów z wykrzyknikami każdego dnia, w trakcie zabawy, równocześnie z rozmową z kimś innym, w zmęczeniu i znurzeniu ciągle tymi samymi komendami. Zmęczona słowem z czasów ciąży i pierwszych tygodni życia z maluszkiem, zbieram je na nowo z kąta, w które je posyłałam i wzniecam na nowo w powietrze.

Kiedyś na pewno je zabije. Kiedyś znikną. Ale teraz bez nich ani się rusz.

Reklamy

Nieznośnym deszczem prezentów po głowie…

Ostatni czas przyprawia mnie o ból głowy. Nie da się wyjść na spacer, bo bombardują choinkami, nie da się wyjść na zakupy bo atakują ferią tak wymyślnych i ciekawych zabawek, że człowiek tylko żałuje że sam już taki stary, a za młodu możliwości na takie cuda nie miał szans. Nie da się siedzieć na necie, bo tam tylko czarne weekendy wyprzedaży i konkursy świąteczne. Nie da się czytać niektórych blogów i stron parentingowo – dziecięcych, bo tam tylko rankingi najlepszych pomysłów na świąteczne prezenty. Ten czas przyprawia mnie o poczucie winy, że sama z siebie (czy tam razem z mężem) nie kupuję swojej jedynej jedynaczce żadnych zabawek. Brzmi okrutnie, ale póki co zabawkę od nas dostała może z 3 razy, bo… po co. Babcie, dziadkowie, ciocie bliższe i dalsze, wujkowie z krwi i kości i tacy podszywani co rusz bombardują tymi zabawkami – a bo dzień dzień dziecka, bo urodziny, bo mikołaj, bo święta, bo zwykłe odwiedziny.

W tym roku, w ten sezon świątecznej gorączki prezentów, uległam i kupiłam. Ale w praktyce pewnie znów okaże się, że nie warto aż tyle, aż tak drogo, aż tak ambitnie. Te 15 skończonych miesięcy może faktycznie są czasem przełomowym – między totalnym brakiem zainteresowania zabawkami sensu stricte na rzecz garnków, butelek z wodą, gazet i tego co można zniszczyć, potrząsnąć, zagrać; a już powolnymi, bardzo stopniowymi próbami zainteresowania się czymś bardziej ambitnym. Świąteczne zawalenie wszystkim naraz z rozmaitych rąk, pewnie znów jednak skończy się tym co np. przy pierwszych urodzinach – totalnym szokiem i oczopląsem, który kończy się na tym, że skoro nie wiadomo czym się bawić to nie bawię się niczym.

Najlepiej byłoby to wszystko pochować głęboko w wysoką szafę (bo z niską dałabyś radę) i wyjmować stopniowo, raz na tydzień czy dwa. Niestety ograniczają mnie oczekiwania ofiarodawców, którzy od razu chcieliby zobaczyć reakcje oszołomionego dziecka na prezent. Najlepiej byłoby się dogadać, że co tam Mikołaj – przynoście prezenty przez cały rok, ty przynoś w styczniu, ty w lutym, a ty się szykuj na grudzień. Ale wtedy dziecko przyzwyczaiłoby się do wiecznego dobrobytu i rozpieściło już do cna. Najlepiej więc może dawajmy mniej a ambitniej. A z czasem nową-starą zabawkę zakopmy głęboko w pudła i „odnajdźmy” ją po kilku tygodniach. Coś co dotąd spełniało już tylko funkcję wystroju pokoju, bardzo szybko awansuje na ulubioną zabawkę tygodnia. Bo potem znów naszym rozpieszczonym przez czasy i producentów dzieciakom… się znudzi.

A ja winna czuć się przestaję. Bo przecież nie sztuką jest kupować i dawać. Sztuką jest zabawką zainteresować, zachęcić do zabawy rozbiegane, rozkojarzone, energiczne dziecię jakim jesteś; a to przecież robię w większości JA.

Bez złotych rad… ale i z nimi żyć się w macierzyństwie nie da!

Ciężko jest znieść ten wszechotaczający gwar dobrych rad, najlepszych sposobów na…, uwag i krytyki. Ciężko, ale będąc młodym rodzicem (a zwłaszcza mamą) nie da się niestety tego obejść. Tym bardziej, jeśli dochodzi do tego jeszcze niestandardowe dziecko, które od pierwszego dnia życia potrzebowało dużo większej uwagi opiekuna, samemu będąc mooocno intensywnym, wymagającym i nad wyraz indywidualnym.

Ostatnio w moim otoczeniu słyszę dyskusje, że maleńkie dzieci tak pięknie zaadoptowały się w żłobku i to tylko one – mamy panikowały i przeżywały to bardziej niż trzeba. Ja swojego nie oddałam, zostało w domu, z babcią, dziadkiem, ciocią lub kimś innym w zależności od tego kto w danym dniu został wpisany na grafik. Mimo tego od wielu dni widzę, że bardzo przeżywa naszą rozłąkę, chociaż minął już ponad miesiąc od mojego powrotu do pracy. Protestuje (spokojniej lub bardziej histerycznie) przy moim wychodzeniu, trzyma się mocno na kolanach bylebym tylko nie uciekła, a po powrocie chodzi za mną krok w krok. Ostatnio doszło jeszcze do tego branie swojej pieluszki- przytulanki i smoczka do buzi (co wcześniej nie zdarzało się nigdy), wchodzenie do mnie na rączki i przytulanie. Na rękach chce być jednak tylko noszona, usiąść się nie da, patrzeć na kogoś innego się nie da, a nie daj Boże jeszcze do kogoś mówić. Tęskni i przeżywa, co widać dobrze po jej zachowaniu. Ale przecież inne mamy wiedzą lepiej… rozstanie, ba nawet żłobek dzieci nie zmienia, to ja niepotrzebnie panikuję.

Mówią „nie pozwalaj jej na wszystko, jesteś dla niej zbyt miękka i dlatego przy Tobie jest tak niegrzeczna. My to potrafimy siedzieć godzinę i bawić się bez krzyku jedną rzeczą”. Szkoda tylko, że mało kto zdaje sobie sprawę, że bardzo często obserwując ich styl opieki zauważam dużo większą swobodę i miękkość. Poza tym awantury Em przy nich to zaledwie mała imitacja tego co odstawia zostając ze mną sam na sam. Nieraz więc sobie myślę „i ty się chwalisz że z czymś takim sobie poradziłeś/aś? Phi!” Mało kto pomyśli, że zachowanie Em niekoniecznie jest skorelowane z moim zachowaniem; po prostu ze mną przebywa(ła) najdłużej i najwięcej, więc ma przy mnie największą śmiałość i swobodę. Ale wiadomo, ONI wiedzą lepiej bo ja jestem nieobiektywna, więc powinnam słuchać ich rad.

Rady przyduszają, frustrują, wpędzają w poczucie winy i obniżenie poczucia własnej wartości, ale z drugiej strony bez nich macierzyństwo byłoby tak stresujące. Bo co ja bym zrobiła, gdybym nie znalazła po porodzie w internecie złotych rad jak uspokoić płaczące niemowlę, jak kąpać, czym kąpać, jak trzymać i co oznacza to jednodniowe przebarwienie na skórze policzka? Bez rad pochodzących z praktyki doświadczonych mam żyć się nie da, z radami ciągle huczącymi nad głową również nie.

Może więc lepiej po prostu nie wtrącajmy się w życie innych, o ile sami nas o radę nie poproszą. Nie frustrujmy się, tylko grzecznie zamknijmy uszy i wyłączmy odbiór. A na pewno już nie wchodźmy w dyskusję, bo oni i tak, niezależnie od naszych argumentów, BĘDĄ WIEDZIEĆ LEPIEJ.

o ciążowe słodkie naiwności

Z dużą dozą sentymentalnego, ironicznego uśmiechu słucha mi się teraz kobiet, które właśnie oczekują na swoje pierwsze dziecko. Uwielbiam to robić – słuchać je, obserwować ich podniecenie i radość w oczach, że oto stają się żywą legendą, doświadczają Cudu, który nie jest przecież dla wszystkich. Czekają. Nie mogą się doczekać. Potakują głową, oj tak, wiemy że będzie ciężko, szczególnie jak to pierwsze dziecko. Odwróci nasze życie o 180 stopni. Ale czy wiedzą co dokładnie oznaczają te słowa w praktyce?

Nie sądzę. Choćby miały w swym środowisku wiele znajomych mam, im tylko się wydaje że wiedzą i że są przygotowane. Bo przygotowanie najczęściej polega tu w większości na skompletowaniu wyprawki, w której połowa rzeczy jest i tak zbędna a z wielu rzeczy nie zdaje się sprawy (gdzie ja bym pomyślała kiedyś o zakupie dresu, czy wygodnych sportowych butów do spacerów z ruszającym się już dzieckiem?)

Ostatnio była u nas koleżanka, oczywiście w ciąży, która lubi wszystko planować, układać, porządkować w umyśle i życiu realnym. Jak każda stwierdziła, że ona wie już że to będzie rewolucja i że nie da się do tego przygotować. Jednocześnie powymieniała po kolei co i jak ona będzie robić z dzieckiem – spanie w jednym pokoju do góra 3 miesiąca życia, żadnego uzależniania go od siebie, karmienie tylko piersią, czas dla siebie…. taaak.

Uwielbiam ich słuchać. Są tak cudownie zakochane w świecie, który je zaszokuje.

Na szczęście ja jestem już w okresie po-szokowym. Z pełną (?) akceptacją tego co aktualnie dzieje się wokół i we mnie. Dlatego tak dobrze mi się na nie patrzy. Ale tylko patrzy. Nie wyprowadzam ich z błędu. Po co? Nie doradzam, jeśli same nie pytają o radę. No bo po co? Przecież to jest taki piękny świat 🙂

bo kobieta ZMIENNĄ jest!

Kobieta po narodzinach dziecka ma się nie zmieniać? Nie zatracać swojego „ja”? Dalej – aby nie zdziadzieć – ma pamiętać o swoich pasjach, swoim wyglądzie i choćby dla siebie i swojego dobrego samopoczucia ma codzień rano między przewijaniem, karmieniem a zabawą i spacerem pomalować sobie rzęsy i zrobić loka na głowie? Może lepiej nie będę już czytać blogów, for, portali „poradnikowych” i innych tego typu artykułów, bo pęknę z ironicznego śmiechu na miliony kłujących szkiełek.

Dla własnej wygody zmieniłam swój styl ubierania. Żadne obcisłe cygaretki, żadne wiskozowo-koronkowe bluzki, żadne obcasy. Na spacer z tuptającym dzieckiem wybieram płaskie buty (nie miałam i nie mam jeszcze takich na jesień i zimę!), luźne spodnie i sportową górę. Jak ja bym wyglądała w piasku w kostiumie? Jak mogłabym się schylić w wydekoltowanej bluzce i krótkiej spódnicy? A schylanie, kucanie, siadanie na piasku, ziemi, kurzu to przecież codzienność na spacerach z dzieckiem!

Swoje pasje realizuję, oczywiście. Przecież nie mogę zwariować i nakręcać się na tylko jeden temat. Z tym nigdy nie miałam problemów, choć słyszałam że wielu musi do tego dorastać. Ja gdy Ty śpisz, nigdy nie sprzątałam, gotowałam, myłam, czyściłam przez cały czas. Ja siadam, spokojnie jem, jeszcze spokojniej czytam, piszę, recenzuję, nabieram energii na kolejne godziny biegania za Tobą. Ale nie mam już czasu na angażujące pasje. Nie mam jak wychodzić na kurs angielskiego 2 razy w tygodniu, bo każdy dzień jest inny, nie zawsze ma kto zostać, nie zawsze ja mam siłę, nie zawsze jest jak. Nie mam jak wyjechać na wycieczkę rowerową, wyjść z aparatem na pół dnia czy piec ciasta i próbować nowe przepisy. Nie mam jak, ale i nie mam też na to często sił. Zmuszać się można, a i owszem, tylko co mi po tym jak tak czy siak obowiązki około-dziecięce zostaną. I też będą nużyć. I czas pochłaniać. I energię wysysać do cna.

Makijaż? A czy nie wyglądałabym śmiesznie z cieniami na powiekach w piasku? Malować się dla dziecka w domu w deszczowe dni? Dla siebie, skoro nawet nie mam kiedy spojrzeć w lustro? Dziękuję, wolę ten czas poświęcić odpoczynkowi. A wymalować się na sytuację, w której makijaż nie będzie wyglądał jak maska klauna tylko pasował do chwili. Np. wyjścia BEZ dziecka.

Mamy się nie zmieniać po urodzeniu dziecka?! A kto jest w stanie to zrobić, skoro choćby nasze ciało rzadko kiedy pozostanie w nienaruszonym stanie?… Nie zmieniać, mimo wolniejszego metabolizmu, blizn po CC, rozstępów (tego akurat nie mam 😉 i o 23,9 godzin na dobę mniej czasu dla siebie niż przed ciążą. Nie zmieniać, mimo że nasze życie się ZMIENIŁO i to tak drastycznie i nagle jak zapewne już nigdy w życiu (mówię to chyba głównie o mamach pierwszego dziecka, potem jest się już przynajmniej świadomym co nas czeka). Po prawdziwej rewolucji nigdy nic nie będzie takie samo, a i Ty taka sama nie będziesz. Nie łudźmy się, nie oczekujmy, nie barwy artykułów dla (przyszłych) matek, nie emitujmy kolorowych reklam macierzyństwa a będziemy szczęśliwsi 🙂

ps. napisane z pewną dozą przesadyzmu, ale tak chyba najlepiej oddać istotę tego co się od nas wymaga, co kreują media i wpisy znajomych mam na fb, a jak się to ma do rzeczywistości pierwszego roku macierzyństwa

„Nasze ciała dają życie. Prawda o ciałach bogiń, które zostały matkami” (z bliznami)

Każda z mam ma swoją niesamowitą, indywidualną historię narodzin macierzyństwa. Większość z nas stan ten niesamowicie zmienił, mocno zaskoczył, przewartościował priorytety, zmienił plan dnia i największe marzenia, a wiele myśli i wyobrażeń zrobiło fikołka o 180 stopni i tak już pozostało.

Każda z nas na początku swojej mamowej drogi zmierza się z innym problemem. Dla niektórych są to problemy okołodziecięce (nieprzespane noce, bezradność, niewiedza dotycząca obsługi techniczno-emocjonalno-zdrowotnej małego szkraba), jest jednak i druga, może i mniej popularna w „artykułach dla mam” strona medalu. Są to problemy związane z nią samą: kłopoty z dostosowaniem się do nowych warunków życia, gdzie nie ma już jej-kobiety, która może wszystko kiedy i gdzie chce, która może poświęcić tyle czasu ile chce na makijaż, ubranie się, kąpiel, relaks i bycie ze sobą samą. Która czy chce czy nie chce, czy umie czy nie, musi NAGLE obrócić swoje życie o 180stopni i to jeszcze w momencie kiedy ma na takie rewolucje najmniej sił w całym swoim życiu: wymęczona ciążą, porodem, nieprzespanymi nocami, jedzeniem na szybko, na zimno i byle czego, ciągłym huśtaniem coraz cięższego szkraba i nieustanną 24-godzinną uwagą (a w tym: niepokoje, stresy, nudząca monotonia, samotność i inne bajery). Wiele kobiet przechodzi psychiczne upadki, wiele czuje się niedoceniona, mnóstwo nie umie zaakceptować też swojego nowego, innego ciała.

macierzynstwo-bez-photoshopa-b-iext38679774Książka „Macierzyństwo bez photoshopa” postanowiło zająć się tym ostatnim aspektem macierzyńskiej palety. Książka o której mowa jest czwartą z kolei publikacją pochodzącą z projektu „Macierzyństwo bez lukru„, a dla tych co o takiej akcji jeszcze nie słyszeli dodam, że jest to charytatywna akcja blogujących rodziców na rzecz Mikołaja Kamińskiego z Fundacji „Zdążyć z pomocą” (szczegóły TUTAJ)

Jej autorami jest 20 dzielnych kobiet-matek (ale i tatusiów!). Dzielnych, bo po pierwsze całe swoje honorarium przeznaczyli na rzecz chorego Mikołajka, ale i dlatego że chcąc pokazać obraz z życia mamy-prawdziwej, a nie tej z reklam, opakowań po chusteczkach czy prasie dla kobiet, postanowiły odkryć przed nami swoje ciała… i dusze (a każda z nas wie jak trudne jest to nieraz po ciąży).

Tą niepozorną w swym formacie i grubości książkę, miałam okazję pochłonąć (bo raczej czytaniem tego nie nazwę) dzięki BlogiMam i choć z wielu rzeczy sama zdawałam sobie sprawę, to naprawdę miło się wreszcie przeczytało o „niezfotoszopowanej”, wygładzonej by nie przestraszyć potencjalnych mam, wypieszczonej przez puder reklamy codziennej prawdzie kobiet, które urodziły dzieci.

Są tu opowieści o złości na swoje ciało, ale i o pokonaniu swoich cielesnych kompleksów właśnie dzięki ciąży (przecież było domem dla mojego dziecka, jak mogłabym go nie szanować?). Są o pulchnej kobiecie która uwielbia siebie i swoje ciało i o chudzince która musiała walczyć z depresją i swymi kompleksami bardzo długo by wreszcie się zaakceptować i polubić. Są o totalnym braku czasu dla siebie i NA siebie (kto w poradniku napisałby to tak szczerze!). Jest i nawet opowieść kobiety, która mimo że kocha swoje dzieci nienawidzi być w stanie błogosławionym (już widzę to ten oburzony brak zrozumienia, gdyby coś takiego miano puścić w telewizji). Kopalnia opowieści, przeżyć i emocji, w tym i głos na ostatnio popularny temat okołomacierzyński „Dlaczego oburza nas widok matki karmiącej piersią, choć bawi wizerunek roznegliżowanej i naoliwionej kobiety zachwalającą gładź szpachlową?” – pyta retorycznie jedna z bohaterek.

Mówią, że każda z nas znajdzie tu historię o sobie. Ja wprawdzie swojej nie znalazłam, znalazłam za to historię/słowa idealne dla siebie:

„Nie wszystko co ludzie chcieliby zobaczyć w ciele matki, jest dostrzegalne na zewnątrz. Niezależnie od tego, jak jej indywidualne geny wpłynęły na widoczność (lub nie) siwych włosów, zmarszczek, blizn, cellulitu czy tkanki tłuszczowej, matkę zawsze trzeba mierzyć skalą jej przeżyć i wewnętrznych doświadczeń. Liczbą nieprzespanych nocy poświęconych na czuwanie przy dziecku (…) Nieomal fizycznym współodczuwaniem z dzieckiem jego bólu. (…) Setki, tysiące, miliony pytań które matka zadaje sama sobie od chwili, gdy dziecko jest już po jasnej stronie brzucha, żłobią głębokie bruzdy niewidoczne gołym okiem” (Dorota Gęsiorowska).

A więc po co zwracać tak szaloną uwagę na ciało? Szanowne Drogie Otoczenie Mam, spójrzmy może wreszcie na ich duszę ?

ps. dla zainteresowanych, książka jest do kupienia TUTAJ