Oswoić się z obcymi

Faza na nieśmiałość to (mam nadzieję!).. epizod. Epizod, z którym zmierzyć musi się każdy rodzic i każde dziecko w pewnym momencie swojego małego życia. Mówią – i dobrze, to naturalne i potrzebne, lepiej jak dziecko nie ufa obcym tylko się do nich powoli przekonuje. Mówią, że przejdzie, a dziecko w tym czasie trzeba jedynie wspierać, być obecnym, patrzeć zachęcająco, trzymać za rękę czy być blisko kiedy w domu pojawi się ktoś inny niż domownik.

Obecnie nie chce mi się już widzieć ludzi. Wyjazdy do… albo wizyty w naszym domu zawsze oznaczają ryk, ucieczkę do innego pomieszczenia i kurczowe trzymanie się mnie. Nie mogę iść porozmawiać z gośćmi, mam siedzieć w tym samym pomieszczeniu i… po prostu być. Tatuś jest obecnie „wrogiem”, do którego mam nawet nie próbować zbliżać Em, jeśli jestem w domu. Na placu boju pozostaję więc sama. Próbować, przekonywać, być wulkanem radości, otwartości i zachęt, być cierpliwym, wymyślać tysiąc i jeden bajeczek odwracających uwagę i mających udowodnić że nie ma się czego bać bo nikt jej (albo mnie!) nie zabierze. A z drugiej strony tysiąc i jeden razy prosić tych odwiedzanych czy odwiedzających, żeby nie przylatywali od razu po buziaka, uściski i poklepywanie Em po ramionach, nie dyskutowali „oh no chodź, przecież nie ma się czego bać” „chodź zobacz co ci przyniosłam”, żeby dali jej czas. Uświadamiać, że nawet my dorośli nie czujemy się komfortowo w nowym miejscu, czy sytuacji w której obca osoba rzuca się na nas wylewnie całując, ściskając i pytając co u ciebie. Dać czas dziecku na oswojenie.

Mówią, że najlepiej uczyć się wszystkiego w praktyce. Czyli im częściej dziecko będzie mieć kontakt z ludźmi, tym szybciej do nich przywyknie. Może i za mało wychodziliśmy z Em do ludzi w jej niemowlęctwie- a bo brak auta a rodzina daleko, a bo była niespokojna i bardzo nerwowa, a bo nie chciało mi się setny raz słuchać kolejnych „dobrych rad”, prowadzić rozmów „o dzieciach”, bo pierwszy rok to nic tylko ogromne zmęczenie, znużenie i stres, ale trudno. Wierzę że to normalny etap. Etap a nie cecha charakteru. Bo przecież jeszcze niedawno nie było tak źle. I nie zawsze tak źle jest – w pociągu, w tramwaju, na placu zabaw gada z obcymi, sama zaczepia pana na przystanku, włazi komuś do wózka czy wyciąga z niego zabawki, problem jest tylko w domach. Ale nic na siłę. Nie będę na siłę kazać całować się, witać i żegnać, przytulać, siadać na kolanach czy nawet wchodzić do pokoju w którym jest ktoś kogo się boi. Szkoda tylko, że nie wszyscy to rozumieją; i że przychodzi mi z tym walczyć sama… Ale myślę że już niedługo „oswoimy intruzów”!

 

Reklamy