Nieznośnym deszczem prezentów po głowie…

Ostatni czas przyprawia mnie o ból głowy. Nie da się wyjść na spacer, bo bombardują choinkami, nie da się wyjść na zakupy bo atakują ferią tak wymyślnych i ciekawych zabawek, że człowiek tylko żałuje że sam już taki stary, a za młodu możliwości na takie cuda nie miał szans. Nie da się siedzieć na necie, bo tam tylko czarne weekendy wyprzedaży i konkursy świąteczne. Nie da się czytać niektórych blogów i stron parentingowo – dziecięcych, bo tam tylko rankingi najlepszych pomysłów na świąteczne prezenty. Ten czas przyprawia mnie o poczucie winy, że sama z siebie (czy tam razem z mężem) nie kupuję swojej jedynej jedynaczce żadnych zabawek. Brzmi okrutnie, ale póki co zabawkę od nas dostała może z 3 razy, bo… po co. Babcie, dziadkowie, ciocie bliższe i dalsze, wujkowie z krwi i kości i tacy podszywani co rusz bombardują tymi zabawkami – a bo dzień dzień dziecka, bo urodziny, bo mikołaj, bo święta, bo zwykłe odwiedziny.

W tym roku, w ten sezon świątecznej gorączki prezentów, uległam i kupiłam. Ale w praktyce pewnie znów okaże się, że nie warto aż tyle, aż tak drogo, aż tak ambitnie. Te 15 skończonych miesięcy może faktycznie są czasem przełomowym – między totalnym brakiem zainteresowania zabawkami sensu stricte na rzecz garnków, butelek z wodą, gazet i tego co można zniszczyć, potrząsnąć, zagrać; a już powolnymi, bardzo stopniowymi próbami zainteresowania się czymś bardziej ambitnym. Świąteczne zawalenie wszystkim naraz z rozmaitych rąk, pewnie znów jednak skończy się tym co np. przy pierwszych urodzinach – totalnym szokiem i oczopląsem, który kończy się na tym, że skoro nie wiadomo czym się bawić to nie bawię się niczym.

Najlepiej byłoby to wszystko pochować głęboko w wysoką szafę (bo z niską dałabyś radę) i wyjmować stopniowo, raz na tydzień czy dwa. Niestety ograniczają mnie oczekiwania ofiarodawców, którzy od razu chcieliby zobaczyć reakcje oszołomionego dziecka na prezent. Najlepiej byłoby się dogadać, że co tam Mikołaj – przynoście prezenty przez cały rok, ty przynoś w styczniu, ty w lutym, a ty się szykuj na grudzień. Ale wtedy dziecko przyzwyczaiłoby się do wiecznego dobrobytu i rozpieściło już do cna. Najlepiej więc może dawajmy mniej a ambitniej. A z czasem nową-starą zabawkę zakopmy głęboko w pudła i „odnajdźmy” ją po kilku tygodniach. Coś co dotąd spełniało już tylko funkcję wystroju pokoju, bardzo szybko awansuje na ulubioną zabawkę tygodnia. Bo potem znów naszym rozpieszczonym przez czasy i producentów dzieciakom… się znudzi.

A ja winna czuć się przestaję. Bo przecież nie sztuką jest kupować i dawać. Sztuką jest zabawką zainteresować, zachęcić do zabawy rozbiegane, rozkojarzone, energiczne dziecię jakim jesteś; a to przecież robię w większości JA.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Nieznośnym deszczem prezentów po głowie…

  1. mamawi

    Ja też mojemu synkowi kupuje mało zabawek, a jesli już to raczej niedrogie, niezbyt wymyślne, niehałaśliwe. Mój syn podobnie reaguje na nową zabawkę, raczej szokiem i początkowym brakiem szczególnego zainteresowania, by po kilku dniach czy tygodniach nie wypuszczać jej z rąk. Czasem głupio mi przed gośćmi, którzy dają małemu zabawkę, czekają na jego reakcję czyli mega zachwyt a tu nic 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s