It’s a girl!!

Na L4 poszłam praktycznie od razu. Nie dało się inaczej. Mdłości i wymioty nie opuszczały mnie o żadnej porze dnia, a z czasem i nocy. Nie byłam w stanie nic jeść. Nic! Wymiotowałam dosłownie po wszystkim.
Czasem zdarzyło się zjeść kawałek pizzy i było wszystko ok, a czasem wystarczył zwykły banan i już się nie dało uleżeć.
Piekło. A właściwie 4 miesiące piekiełka. Leżenia w łóżku, potwornych męczarni, totalnej bezsiły i ogromnej nudy, która dotykała dotkliwie bo nie byłam w stanie nawet czytać książki (skupiając się na czymś od razu zbierało mnie na wymioty). Naprawdę wtedy myślałam, że to się nie skończy nigdy. Z czasem nawet jakoś to zaakceptowałam. Nie miałam przecież już nawet żadnych sił witalnych żeby się z tym kłócić…


Wtedy zrozumiałam jak bardzo nie doceniamy własnych mam. Noszą nas one biedne te 9 miesięcy w sobie, dźwigając naprawdę ogromny ciężar psycho-fizyczny. Fizycznie męczą je mdłości, wymioty, zawroty głowy, ogromne migreny na które nie można wziąść nawet żadnego leku (a te które można na mnie nie działają), słabość która nie pozwala nawet na 15min spacer (bo od razu człowiek mdleje), męczenie się we własnym ciele.
Ale nie wiem czy wbrew wszystkiemu gorszym nie jest wtedy ciężar psychiczny. To codzienne drżenie czy wszystko będzie dobrze, czy tym że wymiotuję wszystko co zjem nie zagłodzę i nie zaszkodzę maluszkowi, czy dam radę utrzymać nie słuchające mnie przez szalejące hormony cukry, czy maluch będzie zdrowy, czy nie poronię…
Zawsze stresowałam się zdrowiem i dobrym samopoczuciem swoich bliskich, ale tego co czuje się w stosunku do tego bezbronnego maluszka, za które tylko JA i los jesteśmy odpowiedzialni w okresie ciąży, nie da się porównać z żadnym innym strachem.
A potem takie dziecko się rodzi i ma dość swojej mamy, kłócą się, obrażają, nie doceniają… a ona całe 9 miesięcy umierała ze strachu nad tobą, swoje życie ograniczając dosłownie tylko do fizycznego wymęczania siebie w imię.. w twoje imię. Człowiek to zawsze zrozumie świat dopiero jak sam czegoś doświadczy 😉

Pierwsze badania genetyczne to ogromny stres. Tym bardziej, jeśli przez cukrzycę mogłam bardziej niż inne mamy „obciążyć” jakąś zdrowotną anomalią swojego maluszka. Na szczęście nie wiedzieć czemu byłam dość spokojna. Być może cały swój stres przelałam na mojego A. aby jakoś to wszystko przetrwać.
20 min leżenia pod usg i oddechy ulgi po każdych kilku minutach, w czasie których lekarz wypowiadał słowa „kolejny marker – prawidłowy” „kość nosowa – prawidłowa” „rączki i nóżki – widoczne” „serduszko- bije”. Takie proste słowa, które on wypowiada z pewnością kilka razy na dzień, takie zwyczajne równoważniki, a mogą przynieść tak wiele nieporównywalnego szczęścia i ulgi.
I jeszcze na koniec to zdanie
-chce Pani znać płeć?
-TAK
-…dziewczyna.
Moja wymarzona, wyśniona dziewczynka :))))

(przez pół badania popisywałaś się jak Ty to świetnie nauczyłaś się ssać rączkę/kciuka)

Po wyjściu z badania A. zaraz z wielkimi, wlepionymi we mnie oczami zapytał czy wiadomo już coś o płci. Takie reakcje są najlepsze na świecie, nie zapomni się ich nigdy w życiu. Ta spontaniczna, wypływająca z wnętrza radość i szczęście. To samo jakie widziałam na jego twarzy jak dowiedział się że to ciąża i że to ciąża zarodkowa. Te błogie piękne chwile oderwania od życia bo stworzyło się z siebie zupełnie nowe- już widoczne, już bijące Życie.

A przecież od początku mówiłam mu że będzie dziewczynka. Ja to wiedziałam od samego początku. A może nawet i jeszcze wcześniej. Kochana dziewczynka z dwoma blond kucykami – przecież kilka lat temu taka właśnie mi się wyśniła…

 

Reklamy