Heartbeat trzeciego serduszka :)

baby-feet-in-bed-parentsMożna mieć tysiące przyjaciółek i pół rodziny w ciąży lub z dziećmi, ale nigdy nie zrozumie się tego co czeka na kobietę jeśli faktycznie sama zapragnie mieć swoje dziecko.
Relacje znajomych to tylko suche fakty, opowiedziane przy okazji jakiejś tam rozmowy przy herbatce.
Poradniki to tylko kilka ogólnych zdań.
Reklamy w telewizji to tylko szczęśliwe błogie lenistwo ciążowe, po którym czekają jeszcze szczęśliwsze chwile w zabawach z wiecznie radosnym niemowlakiem.
To wszystko jest przecież takie płytkie, no bo jak opowiedzieć o tych 9 miesiącach, 40 tygodniach, 2800 dniach codziennych zmagań? To trzeba przeżyć na/ we własnym brzuchu…

Jest tyle par, które tak bardzo pragną mieć dzieci, że nie odstraszają ich miliony potwornych nerwów jakie muszą przeżywać przed każdym dniem potencjalnej miesiączki, nie odstraszą ich drogie terapie, setki badań diagnostycznych czy tysiące godzin spędzanych u przeróżnych lekarzy.
Mnie zawsze wydawało się to śmieszne. Będzie kiedy będzie – myślałam – po co się stresować i tak nakręcać. Przecież życie obraca się wtedy tylko wokół jednego – kiedy mam owulację, co mam zrobić żeby mąż był akurat wtedy w domu i jeszcze miał ochotę, czy ten spóźniający się okres to znowu tylko wynik mojego stresu czy nareszcie się doczekaliśmy. Nie rozumiałam za grosz…

Do czasu aż sama podjęłam decyzję, że ze względu na wiek, na te już 1,5 roku po ślubie, na tą jakoś już ustabilizowaną pozycję zawodową, na te presje i pragnienia naszych rodzin no i nie da się ukryć że również nas samych, że jest to najwyższy czas na dziecko. W dzisiejszym świecie chaosu i niepewności, braku pewnej pracy i własnego mieszkania, już sama taka decyzja jest wielkim, wręcz milowym krokiem do przodu. Ale my ten krok już zrobiliśmy. Teraz czas zrealizować nasze marzenie….
Tak, dzięki temu nareszcie zrozumiałam co czują te miliony par, które chcą a nie mogą zostać rodzicami. Szukanie metod ustalania dnia owulacji, buszowanie w internecie w celu znalezienia wszystkim możliwych przyczyn niepłodności (i oczywiście znajdowanie większości z nich u siebie), stres, nerwy i ogromna presja, która zwiększyła się po 1, po 2 i po 3 „nieudanym” miesiącu w sumie niezbyt wielkich prób (ja chciałam CHYBA dziecko na już, a A. myślał że „chcemy” dopiero po nowym roku).
Straciłam nadzieję (jakie to śmieszne po tak krótkim czasie ;)) i stwierdziłam, że mnie się pewnie nie uda. Odpuściłam wewnętrznie.. z wielkim wewnętrznym smutkiem ale odebrałam sama sobie nadzieję na szczęśliwe rozwiązanie.
I to właśnie był strzał w dziesiątkę! W święta Bożego Narodzenia totalnie o tym nie myślałam. Modliłam się jedynie do Małego Jezuska w żłobie żebym za rok o tej porze mogła tu wrócić ze swoim własnym dzieciątkiem. Nie wiedziałam jeszcze, że wtedy miałam je już pod swoim sercem…

Sylwestra na szczęście spędzaliśmy w domu. I co dziwne nawet nie wypiłam na nim dużo. Było to 2 dni po potencjalnej dacie miesiączki…
W Nowy Rok miałam wprawdzie jakąś nadzieję, ale dalej myślałam że to tylko zwyczajne przesunięcie.
Zaczęły się wysokie, wręcz dziwaczne skoki cukrów. To dopiero dało mi do myślenia i jakoś bardziej intuicyjnie niż na jakąkolwiek wiarę i nadzieję postanowiłam szybko zapisać się na wizytę do ginekologa.
Chciałam wiedzieć, aby w razie czego szybko zabrać się za cukry by nie zaszkodzić mojej małej, żyjącej kuleczce.

7 stycznia po ok 3h czekaniu w prywatnej poczekalni ginekologicznej usłyszałam „widać pęchęrzyk ciążowy”. Szkoda tylko że zaraz po tym dowiedziałam się, że jest on bez widocznego zarodka, co oznaczać może, że albo przyszłam za wcześnie i nie zdążył się on jeszcze uwidocznić, albo jest to pusta ciąża i trzeba będzie wyłyżeczkować pęcherzyk bo ze względu na słabe nasienie lub inne wady zarodek nie ma szansy się po prostu rozwinąć.
Tydzień czekania. Tydzień stresu mojego A. Tydzień niewiedzy pozostałej rodziny, którą woleliśmy nie informować jeszcze o niczym, pomimo mojego złego samopoczucia, ciągłych wymiotów, słabości i totalnego oderwania od żywych. Tydzień mojego dziwnego spokoju że wszystko będzie dobrze…

14 stycznia 2015r po raz pierwszy usłyszałam bicie małego, nowego serduszka. Tak, zostaliśmy potencjalnymi rodzicami.

(tak wyglądałaś kiedy Cię „odkryłam”)

(a to tylko wizualizacja 😉 )

Reklamy